Mistrzostwa świata 2016 były jedyne w swoim rodzaju i podejrzewam, że w podobnych zawodach nie przyjdzie nam się już ścigać nigdy. Wyjątkowość spowodowana była niemiłym zbiegiem okoliczności, mianowicie ulewnymi deszczami na północy Argentyny, które spowodowały obszerne powodzie. Masa wody spływając dwoma głównymi rzekami zabierała ze sobą wszystko po drodze. Tak się składa, że nasza trasa ustawiona była u ujścia obu tych rzek. W efekcie, zamiast wody, na akwenie regat mięliśmy pastwisko… Niepowtarzalny moment aby ponad 5 km od brzegu usłyszeć świerszcze buszujące w trawie lub… węże…

Komisja regatowa obiecywała, że przeszuka cały akwen aby znaleźć miejsce, gdzie nie będzie glonów/traw/pływających kłód aby umożliwić nam sprawiedliwe ściganie. Nie miała łatwego zadania, ponieważ zielono było po horyzont. W związku z tym, nasza żeglarska taktyka została odstawiona na bok a na jej miejsce doszedł kolejny element strategiczny – unikanie pływających wysp.

To strasznie frustrujące dla zawodników, którzy lecą przez pół świata, wydają kupę pieniędzy na transport i wysłanie kontenera w tak daleki zakątek świata a otrzymują warunki w które bardziej przypominają slalom niż żeglarstwo.
Regaty żeglarskie same w sobie bardzo obciążają naszą psychikę. Mamy pięć dni, po dwa wyścigi dziennie do których musimy podchodzić na pełnej koncentracji. Niektórzy z nerwów nie mogą spać, inni po słabym początku rozklejają się i już nie mogą się pozbierać. Na dodatek, 6 dnia startujemy w wyścigu medalowym, punktowanym podwójnie i tylko dla najlepszej 10. Nie dość, że człowiek walczy przez 10 wyścigów to jeszcze na koniec staje przed ryzykiem utraty medalu w przypadku niepowodzenia w tym ostatnim (o przebiegu którego w bardzo wielu przypadkach decyduje uśmiech losu).
Tyle słowem wstępu.

My – POL 11, wyścigi zaczęłyśmy słabo. Przez kiepskie starty na pierwszej boji „wypluwało” nas w okolice 10 miejsca … od końca! W głowie jednak brzmiały słowa trenera, że „wyścig kończy się na mecie”. Nie mogłyśmy odpuścić i nie odpuszczałyśmy, „wyrywałyśmy” kolejne miejsce, żeby ukończyć na pozycji 16 i 12. Nie było źle, ale nie było też rewelacyjnie. Osobiście jednak byłam dumna z tego, że udała nam się sztuka za którą zawsze szanowałam i podziwiałam najlepsze zawodniczki – nawet z najgorszego miejsca potrafiły się wybronić unikając katastrofy.
Na wynikach z przodu pojawiły się zawodniczki, które do tej pory nie kończyły zawodów w pierwszej 10 więc spokojnie czekałam aż los się do nas uśmiechnie, a one zaczną się wypalać :). Miałyśmy parę wyścigów, które mogły być bardzo dobre, gdyby nie jedna, duża zmiana wiatru, która namieszała w stawce i faworyzowała zawodniczki, które znajdowały się daleko z tyłu. Ale trzeba było zachować zimną krew, wyrywać glony ze steru, czasem pływać w poprzek zmiany aby uniknąć ciągnącej się ściany glonów, czekać na swoją szansę i ją bezwzględnie wykorzystać.

Z każdym dniem, nasz spokój i determinacja sprawiały, że na mecie meldowałyśmy się coraz wyżej. Aż wyczekałyśmy swojego dnia. Zawiało trochę mocniej, w końcu można było rozprostować kości i rozpędzić AMBASADORA. Pierwszy wyścig płyniemy w top 3, ale wybrałyśmy złą pod względem roślinności stronę halsówki. Z pozycji dolnej boji nie było widać na horyzoncie, że dojazd do kolejnego znaku jest uniemożliwiony przez ciągnące się warstwami krzaczory. Straciłyśmy 4 pozycje, za to w kolejnym wyścigu nie dałyśmy się już zaskoczyć i metę minęłyśmy na 2 pozycji.

Dobry dzień dał nam w końcu awans do pierwszej dziesiątki i możliwość startu w wyścigu medalowym. Teraz trzeba było postawić tylko kropkę nad „i”. Postawiłyśmy wszystko na jedną kartę i walczyłyśmy z innymi zawodniczkami o najlepszą pozycję zaraz po starcie. Tym razem się nie dałyśmy. Na przód stawki wysunęły się 3 łódki: Brazylijki, my i Amerykanki. Doświadczenie z całych regat tzn. spokojna głowa i czekanie na odpowiedni moment do ataku – zaprocentowało. Wykorzystałyśmy zamianę i przejęłyśmy prowadzenie. Został ostatni kurs z wiatrem, który mógł jeszcze coś namieszać ale na szczęście dziewczyny z tyłu zaczęły walkę między sobą, kiedy my razem ze szkwałem kierowałyśmy się już do kolejnego znaku. Wygrywamy wyścig medalowy, awansujemy ostatecznie na 5 miejsce i notujemy najlepszy wynik w historii polskiego żeglarstwa!

Nasza historia doczekała się happy-endu. Wygląda to na sielankę, gdyby nie walka jaką musiałam stoczyć sama ze sobą: ze swoją głową i swoim organizmem. Wszystko przez to, że nabawiłam się zatrucia pokarmowego. Nieprzespane noce „przesiedziane” na toalecie i strach czy w wyścigu nie zdarzy się jakaś „wpadka” to jedno, odwodnienie i skręcający ból brzucha to drugie. Jednego dnia przeszło mi przez myśl, żeby się wycofać. Upokarzające próby radzenia sobie na wodzie, kilkugodzinne oczekiwanie na start i gdzieś racjonalna myśl, że nie uda się powtórzyć wyniku z Hajfy (6. miejsce). Z tymi myślami musiałam walczyć przed startem. Z drugiej strony, przypominały mi się słowa wielkich sportowców, że wszystko siedzi w głowie. To z głowy idzie impuls do mięśni i sama siebie przekonywałam, że dam radę, że ból minie a jego miejsce zajmie adrenalina, że to ja jestem panią własnego ciała. Zadziałało! Nie dość, że kontynuowałyśmy starty, to wyniki były też coraz lepsze. To kolejne doświadczenie i kolejna cegiełka w budowaniu swojej pewności siebie i odporności psychicznej. Jesteśmy mocne!